“Rewolucja” kredytowa
Przez 5 lat powstawała dyrektywa unijna dotycząca kredytów konsumenckich i wreszcie ministrowie gospodarki ją zatwierdzili - dowiadujemy się np. z wp.pl. Niektóre propozycje są korzystne, owszem, ale myślę, że przypisuje się temu dokumentowi zbyt duże znaczenie. No i uważam, że za bardzo ogranicza niezależność banków w kwestii kształtowania oferty.
Najpierw plusy.
Dobrym pomysłem jest na pewno jednolity formularz. O ile będzie on dotyczył zarówno wniosku jak i samej umowy kredytowej. Ułatwi to porównanie oferty. Tyle teoria. Bo praktyka wygląda tak, że 99% klientów wcale umów nie czyta przed ich podpisaniem, albo robi to w domu i tylko pobieżnie. Dla znakomitej większości ta zmiana nie będzie zatem odczuwalna. Dla bardziej świadomych klientów - owszem.
Rewolucyjny jest też podobno 14-dniowy termin, w którym możliwe jest odstąpienie od umowy kredytowej. Podobno w Polsce obowiązuje teraz 10-dniowy. Tak się składa, że nie wszędzie i są banki, gdzie wynosi on już teraz 14 dni.
Ten fragment mnie rozbawił:
Jednak z powodu barier językowych i braku informacji, konsumentom nadal trudno jest zaciągać kredyty w innym kraju członkowskim UE, by skorzystać z lepszej oferty. Decyduje się na to tylko 1 proc. obywateli UE.
To nie bariery językowe czy niedoinformowanie są tego powodem. Nie wiem, kto w ogóle wpadł na ten pomysł, chyba autor artykułu.
Po pierwsze, żeby dostać kredyt (przynajmniej konsumpcyjny) w Polsce trzeba mieć polskie obywatelstwo albo kartę stałego pobytu.
Po drugie, bank udzielając kredytu musi zweryfikować źródło dochodu klienta (no chyba, że to stały klient itd.). Jeśli jest nim np. umowa o pracę klient dostarcza zaświadczenie o zatrudnieniu i zarobkach i przeważnie dane się nań znajdujące są jeszcze potwierdzane telefonicznie.
Niech ktoś mi powie, jak się to odbędzie, jeśli np. Polak wnioskowałby o kredyt w Hiszpanii lub odwrotnie. Jakie byłyby koszty tłumaczenia dokumentów, potwierdzania danych i jak długo klient czekałby na ostateczną decyzję banku? Odpowiedź: wysokie, wysokie, bardzo długo. Co najmniej zniwelowałoby to kilkupunktowe różnice w oprocentowaniu.
Minusy.
Trochę ich już było powyżej (zakamuflowanych jako “plusy na pierwszy rzut oka”). Ale dodam jeszcze jeden. Dyrektywa ta wprowadza możliwość nałożenia przez bank opłat za wcześniejszą spłatę kredytu. Teraz w Polsce takiej opłaty, o ile się orientuję, nie ma w przypadku kredytów konsumpcyjnych.
Wiele hałasu o prawie nic.
Unia udaje, że coś robi. Banki udają, że kredyty są tanie. My udajmy, że je spłacimy.
druidh
22 maj 07 at 8:08
Myślę, że z tym językiem to chodziło raczej o Polaków, którzy chcieliby brak kredyty np. w Hiszpanii.
A co do taniości kredytów, no to cóż… mamy wolny rynek, bierzesz kredyt tam gdzie chcesz. Skadinąd koncepcja, że kredyty mają być tanie, wydaje mi się dziwna. Ja wpłacam pieniądze do banku po to, żeby dostać od niego jak największą dywidendę, a bank, żeby mi to umożliwić, daje drogie kredyty. Jeśli będzie zbyt pazerny, kredytobiorcy nie będą brali w nim kredytów, więc ja nie zarobię, więc zmienie bank. Jeśli będzie dawał zbyt tanie kredyty, ja też nie zarobię, i też zmienię bank.
Żeby było jasne: to był tylko eksperyment myślowy, nie to, że mam w którymkolwiek banku jakieś duże pieniądze… Nie to, żebym nie chciał :)
miniu
22 maj 07 at 10:58
Druidh, banki niczego nie udają. Reklamy wyjątkowo korzystnych ofert są prawdziwe, z tym, że dotyczą np. tylko wybranej grupy klientów albo kredytów o określonym wolumenie. Do reklam trzeba podchodzić z dystansem, a umowy czytać. Wszystkie koszty krydytu są w nich dokładnie opisane, bo muszą być.
Miniu, mnie postulat “taniego kredytu dla każdego” też wydaje się dziwny.
Po pierwsze bank to firma jak każda inna i jej celem jest zysk, a nie działalność charytatywna.
Po drugie pożyczając pieniądze bank ponosi ryzyko i za to też mu się płaci. Płaci się też za korzyści z posiadania gotówki, której jeszcze się nie zarobiło.
Np. dzięki kredytowi korzysta się np. z pralki, lodówki czy samochodu od razu, a nie dopiero za rok, kiedy sobie na taki zakup uskładamy oszczędności. No ale tego ludzie nie rozumieją.
elenoir
22 maj 07 at 22:50
Praktycznie nie ma na rynku kredytu (poza hipotecznym), który posiadał by oprocentowanie niższe niż 20% w skali roku. A i to należy raczej do rzadkości. Dla mnie jest to po prostu złodziejstwo.
I dlaczego mam podchodzić z dystansem do tego, że ktoś próbuje kogoś oszukać? Byłbym aspołeczny. :)
druidh
23 maj 07 at 0:02
Druidh, są oferty, w których nawet rzeczywista stopa procentowa (czyli uwzględniająca także prowizję) jest niższa niż 20%. Zapewniam:) Z tym, że dotyczy to określonych grup klientów (np. stałych) i określonych wolumenów kredytów.
elenoir
23 maj 07 at 0:11
Wybacz, ale nie uwierzę. Stałymi klientami, po dokładnym przeczytaniu oferty, okażą się zapewne ci, z których bank zdarł już tyle kasy że stanęli na granicy bankructwa. A wolumen kredytów jest pewnie taki, że jedynymi osobami, które zdołały z niego skorzystać są żony kierowników oddziałów.
druidh
23 maj 07 at 1:09
Druidh, możesz i nie wierzyć. Ale wczoraj osobiście udzieliłam takiego kredytu. Klient zdecydowanie nie wyglądał na bankruta i nie był niczyją żoną. No ale nie będę się na ten temat rozpisywać - sprawa zawodowa:)
Elenoir
23 maj 07 at 11:33
Na pewno jest w tym jakiś haczyk… ;>
druidh
23 maj 07 at 13:15
Nie ma:)
Elenoir
23 maj 07 at 23:12
I tak nie lubię banków. ;p Tych w Polsce.
druidh
24 maj 07 at 22:07