Moje słuszne poglądy na wszystko:)

niedziela, 15.06.2008

Zgniły kompromis

Kategoria wpisu: Uncategorized — Tagi:, , , , — elenoir @ 20:06

Każdy chyba już słyszał o 14letniej Agacie, której ciąża jest prawdopodobnie wynikiem gwałtu (a w każdym razie czynu niedozwolonego), która próbowała skorzystać z prawa do aborcji i której skutecznie (jak dotąd) to uniemożliwiono.

Nie będę się wdawała w szczegóły sprawy, która jest szeroko, choć w skrajnie różny sposób, opisywana przez wszystkie media. Poruszę może dwie sprawy.

Przede wszystkim zastanawiam się, kto złamał tajemnicę lekarską i powiadomił księdza o sytuacji tej dziewczyny. I czy ktoś za to odpowie. Bardzo w to wątpię, niestety. Miało to miejsce co najmniej dwa razy - najpierw w szpitalu w Lubinie, potem w Warszawie.

Po drugie znowu ma miejsce uprzedmiatawianie kobiety. Kobieta w ciąży jest dobrem wspólnym. Nie może sama o sobie stanowić. Nie ma już Agaty. Jest tylko jej ciąża.
Wskutek złamania tajemnicy lekarskiej “pomocną dłoń” wyciągnęli tzw. obrońcy ż
ycia. W swoim mniemaniu mieli do tego prawo. Prawo do włażenia z butami w cudze prywatne i intymne sprawy, do upubliczniania jej danych. Dodajmy, że ani dziewczyna ani jej rodzina o to nie prosiły. Matka Agaty zwróciła się nie do nich, ale do Federacji na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny, która pomogła w znalezieniu szpitala mogącego przeprowadzić zabieg. Do którego nie doszło.

Tzw. moraliści opadli ją ze wszystkich stron. Sugeruje się, że dziewczyna sama nie wie, czego chce, że zmienia zdanie (jakby to samo w sobie było coś złego) i że dla jej dobra decyzję powinien podjąć ktoś inny (bo ona i jej matka zrobić tego nie są w stanie, intelektualnie i moralnie je to przerasta). Jeśli usunie ciążę, to na każdym kroku będą ją piętnować i nazywać morderczynią (mogę się założyć). Jeśli urodzi - stanie się bohaterką katolickich mediów - na krótko, wychowywanie dziecka i problemy z tym związane nie są już tak dla nich interesujące.

Moim zdaniem kluczowe jest odmawianie dziewczynie prawa do podjęcia decyzji. 14latka nie jest już dzieckiem, choć psychicznie zwykle nie jest też jeszcze w pełni dojrzała i dorosła (gwałt pewnie te procesy przyspieszył). Jednak ona i jej matka najlepiej wiedzą, czy jest w stanie urodzić i wychowywać dziecko. Czy jest w stanie i czy chce. Podjęły decyzję i koniec i kropka (jak mawiał Wiktor Kijanka;). Nikomu nic do tego. Być może Agata będzie jej kiedyś żałowała, ale nie można tego z góry zakładać.

Tymczasem napuszcza się prokuraturę na matkę Agaty, pod pretekstem, że nakłania córkę do aborcji. Ręce opadają.

W takich sytuacjach kobiecie powinno się zapewnić konsultacje z psychologiem (jeśli taka byłaby wola jej i rodziców), a nie z księdzem. Tak działa owa kompromisowa ustawa antyaborcyjna. Przyznano kobietom pewne prawa, ale tylko na papierze. A niech tylko któraś spróbuje z nich skorzystać…

Sprawa ta stanowi wskazówkę dla kobiet, które znajdą się w sytuacji Agaty - trzeba od razu zdecydować się na zabieg prywatnie, najlepiej zagranicą. Płatny, ale przynajmniej można sobie zaoszczędzić medialnej nagonki. Państwo polskie nie zagwarantuje kobiecie należnych jej praw.

Ps. Temat nie jest nowy, ale, choć z pewnym opóźnieniem, ja musiałam o tym napisać.

czwartek, 15.05.2008

Obywatel kontra urzędnik

Kategoria wpisu: Uncategorized — Tagi:, , , — elenoir @ 20:29

Czytałam ostatnio o dwóch sprawach, które jasno pokazują, jaki stosunek mają urzędnicy do obywateli i vice versa.

Przypadek 1

Mieszkańcy Kabat posadzili trochę krzewów między blokami. Początkowo chcieli to zrobić legalnie, poszli grzecznie do urzędu, ale, jak wynika z artykułu, urząd kazał im się zgłosić za 7 lat. Obywatele nie składali broni i uzyskali z dzielnicowej delegatury wydziału architektury warunki zabudowy, co w ich mniemaniu oznaczało zgodę na urządzenie parku. Urzędnicy twierdzą natomiast, że warunki zabudowy obligują obywateli do stworzenia projektu i wystąpienia o zgodę na jego budowę.

Nie znam się na tym, więc nie wiem, kto ma rację. W każdym razie mieszkańcy trochę krzewów posadzili, oznakowali je specjalnymi palikami, i pisali pisma…

Nastało wiosenne koszenie trawników i krzewy, mimo oznakowań, zniszczono. Urzędnicy twierdzą, że stało się to przypadkiem. I tu, uwaga, chyba cytat roku, autorstwa rzeczniczki urzędu Ursynowa pani Barbary Mąkosy-Stępkowskiej, dotyczący operatorów kosiarek:

SKĄD MOGLI WIEDZIEĆ, ŻE W TYM MIEJSCU COŚ ROŚNIE, SKORO ROŚNIE NIELEGALNIE?

Bez względu na to, kto ma słuszność, jasne jest, jaki punkt widzenia przyjmują urzędnicy, w każdym razie niektórzy z Ursynowa: coś, co nie powstało w wyniku wielomiesięcznych obrad, setek decyzji, obfitej korespondencji i nie pobłogosławione dziesiątkami pieczątek i parafek nie ma prawa istnieć i, co więcej, nie istnieje.

Przypadek 2

Głośno ostatnio w Krakowie o właścicielu kamienicy przy u. Karmelickiej, który bez żadnych urzędniczych pozwoleń remontuje poddasze zabytkowego budynku i przy okazji podwyższa go o 1,5 metra. Co więcej, właściciel ów, Ryszard Mól, zrobił to świadomie i koszty ewentualnych kar czy procesów wliczył w koszty. Uzyskiwanie pozwoleń, jego zdaniem, trwałoby latami. A najzabawniejsze w tym wszystkim jest to, że remont trwa od sierpnia 2007, a wojewódzki konserwator zabytków zorientował się dopiero teraz, kiedy prace budowlane już się prawie skończyły. Gdzie był i co robił w sierpniu ubiegłego roku?

Zastanawiam się nad sensem utrzymywania tego stanowiska, skoro legalne było postawienie Sheratona koło Wawelu albo Galerii Krakowskiej zaraz obok dworca PKP i budynku poczty. Skoro kamienice w centrum są zapaskudzone okropnymi szyldami i reklamami. Konserwator tylko się oburza. Pytanie - czy może i chce zrobić coś konkretnego?

Nie mam jednoznacznej opinii o tej sprawie. Z jednej strony obywatel złamał prawo, z drugiej strony tempo i jakoś pracy urzędników wręcz ludzi do tego zachęca.

Wielką naiwnością byłoby spodziewanie się po urzędnikach bicia w piersi czy obietnic poprawy.

Janusz Markiewicz, również właściciel kamienicy w centrum, napisał do GW list, w którym gratuluje Ryszardowi Molowi realizmu i odwagi. Przyznaje również, że sam się nimi nie wykazał i dlatego już od 3,5 roku czeka na uzyskanie pozwolenia na budowę. Gazeta.pl list opublikowała i urzędnicy zareagowali błyskawicznie. Szkoda, że nie jakieś 3 lata wcześniej.

- Tuż po publikacji mojego listu zaproszono mnie na rozmowę do wydziału architektury. Kiedy zapytałem, dlaczego wcześniej nikt do mnie nie zadzwonił, usłyszałem, że nie mieli numeru telefonu. Okazuje się, że jego zdobycie to jednak nie problem. Do tego urzędniczka, która prowadziła moją sprawę, jest na dwumiesięcznym urlopie. Wygląda na to, że moje problemy się kończą! - cieszy się Markiewicz.

Widocznie załatwianie czegokolwiek w urzędzie (który utrzymujemy z naszych podatków) najlepiej zacząć w redakcji poczytnej gazety… Może więc powinniśmy finansować prasę, a nie urzędy?

poniedziałek, 28.04.2008

Wycieczka do Ojcowa

Kategoria wpisu: Uncategorized — Tagi:, , , — elenoir @ 20:17

Niektórzy mają tzw. długi weekend, inni (w tym ja) nie do końca. Nie możemy sobie pozwolić na dalekie wojaże, ale na krótką wycieczkę czas się znajdzie. Co prawda, ostatnio już jedną odbyliśmy, więc możemy polecić, jeśli ktoś nie ma innych planów.

W ubiegły poniedziałek trochę spontanicznie wybraliśmy się do OPN. Myślę, że warto, zwłaszcza, jeśli ktoś mieszka w okolicy:) Ja, choć w Krakowie mieszkam od paru już lat, to (wstyd się przyznać) byłam w Ojcowie po raz pierwszy. Ale na pewno nie ostatni, bo wszystkiego nie zdążyliśmy zobaczyć.

Dojazd z Krakowa jest prosty - co jakieś pół godziny z dolnej płyty RDA w Krakowie odjeżdża bus do Olkusza.

Wysiedliśmy w Białym Kościele i bardzo szybko się zgubiliśmy:)) Wyjazd był spontaniczny, więc nie mieliśmy mapy, tylko taki szkic ze strony OPN (uwaga - nie jest on szczególnie wierny…). Zamiast iść żółtym szlakiem, skręciliśmy w najbliższą uliczkę, która biega mniej więcej w kierunku Doliny Prądnika. Gdyby nie mgła i bardzo słaba widoczność, to może nawet byśmy tam w końcu trafili… A tak trzeba się było przedzierać przez jakieś chaszcze i cudze podwórko (bynajmniej nie to poniżej;)).

Do parku weszliśmy w okolicy Prądnika Korzkiewskiego i potem idąc czerwonym szlakiem dotarliśmy do Bramy Krakowskiej, przez którą kiedyś podobno prowadził szlak handlowy na Śląsk.

Ten sam szlak wiódł nas dalej Doliną Prądnika. Mijaliśmy Skały Panieńskie i Kawalerskie oraz Igłę Deotymy. No cóż, skały jak skały:) Potem skręciliśmy w lewo i czarnym szlakiem udaliśmy się do Groty Łokietka (wstęp 7 zł, w pobliżu jest nawet toaleta). Ponieważ to początek sezonu i tłumów jeszcze nie było, pan przewodnik był do naszej wyłącznej dyspozycji;) Naturalnie usłyszeliśmy legendy związane z tym miejscem - rzekomo ukrywał się tu Władysław Łokietek. Na szczęście dopiero na końcu poznaliśmy tę o pająkach…

W Ojcowie wiele do oglądania nie ma, z zamku została brama wjazdowa, częściowo wieża i trochę gruzów, ale widok na dolinę bardzo ładny.

Wytrwale podążaliśmy nadal szlakiem czerwonym, trochę lasem, trochę ulicą, trochę polnymi drogami (nawiasem mówiąc grząskimi z powodu błota).

Dotarliśmy do Grodziska, gdzie znajduje się dobry punkt widokowy i mały kościółek (naturalnie był zamknięty).

W końcu dotarliśmy do Pieskowej Skały, gdzie pokręciliśmy się trochę po dziedzińcu, bo zamek w poniedziałki i dni “poświąteczne” jest zamknięty - nie mam pojęcia dlaczego… Naturalnie obejrzeliśmy także maczugę Herkulesa.

Potem przeszliśmy przez walący się mostek i dalej szlakiem żółtym staraliśmy się dotrzeć przez Sąspów do Jerzmanowic. Nie będę ukrywała, że znów trochę źle skręciliśmy i powrót trwał o godzinę dłużej niż powinien;))) Ale co się nachodziliśmy, to nasze;)))

Szkoda tylko, że oznakowanie szlaków pozostawia tak dużo do życzenia. Osobom, które tak jak jak potrafią się zgubić nawet w galerii handlowej, nie jest łatwo, oj nie jest…

Więcej zdjęć tutaj:

Ojców

PS. W zeszłym roku pisałam o wycieczce w Pieniny.

czwartek, 17.04.2008

Bycie anty w dobrym tonie

Kategoria wpisu: Uncategorized — Tagi:, , , , , , , — elenoir @ 22:59

Czy tylko ja mam wrażenie, że mniej więcej co dziesiąta osoba, którą mijam na ulicy nosi arafatkę? W sklepach jest naprawdę duży wybór szalików, chust i apaszek, a zatem widocznie wybierają te właśnie świadomie. Świadomi mody, ale czy świadomi symbolu?

Kefija noszona jest w krajach arabskich, również przez terrorystów, i z nimi jest kojarzona. Oczywiście nie wszyscy “bojownicy o wolność” to przestępcy, ale znacząca większość tak.

Osobę noszącą taki czy inny symbol utożsamia się przecież z tym, co ten symbol reprezentuje, z czym się kojarzy i z tym, kto jeszcze się nim posługuje. Ja nie rozumiem, dlaczego te chusty są modne w takiej np. Polsce, bo mnie kojarzą się źle.

To samo było z Che Guevarą na koszulkach. Przecież to był po prostu morderca i zbrodniarz. Ale kto by się tym przejmował, skoro jego twarz na ciuchach sugeruje niezależność i postępowość tak przyodzianego kontestatora rzeczywistości.

Teraz najbardziej na czasie jest protestowanie przeciwko sytuacji w Tybecie i nawoływanie do bojkotu towarów wyprodukowanych w Chinach.

Naturalnie chyba każdy z nas potępia zachowanie tego państwa, ale tak naprawdę niewiele możemy zrobić. Chiny bardzo wiele znaczą dla światowej gospodarki i światowych mocarstw, tak że poważnych międzynarodowych protestów spodziewać się nie można, nie na szczeblu dyplomatycznym, politycznym, nie mówiąc już o interwencji. Można oczywiście nosić jakiś znaczek, oflagować się itd., ale bojkotowanie towarów wyprodukowanych w Chinach, wytwarzanych przecież także przez zagraniczne koncerny, nawet polskie, jest nonsensem.

Po pierwsze jest trudne - bo naprawdę mnóstwo rzeczy stamtąd sprowadzamy, po drugie jest drogie - te towary są znacznie tańsze. Ktoś zaproponował, żeby bojkotować produkty sponsorów olimpiady: coca-colę i adidasa. Śmieszne, przecież te firmy nie wybierają miejsca, w którym odbywają się igrzyska, tylko MKOL. Dotowałyby olimpiadę, gdziekolwiek by się odbywała.

Dziennikarze nieustannie nagabują sportowców, którzy pojadą do Chin, pytając, jak zaprotestują przeciwko sytuacji w Tybecie. Czy wejdą na podium, co powiedzą na konferencji prasowej, czy przypną sobie coś do koszulki itd. Bez przesady. Nie możemy na nich delegować naszego sprzeciwu, naszych politycznych postaw i wymagać żeby ryzykowali utratę tytułu, na który pracowali latami.

Ktoś powiedział w radiu, że dużo większe znaczenie będzie miało zetknięcie zwykłych Chińczyków ze zwykłymi gośćmi z zagranicy, z inną kulturą, z innym sposobem bycia i życia. Zobaczą, że może być inaczej. I mnie się wydaje, że miał słuszność. Może to akurat zaowocuje .. kiedyś.

No ale nawoływanie do bojkotu jest w dobrym tonie i jest proste (nawoływanie, nie bojkot), a apogeum nastąpi pewnie w czasie igrzysk. Można się dowartościować i zapracować na odpowiednią opinię w otoczeniu i to bez większego wysiłku.

wtorek, 15.04.2008

Mistrz i Małgorzata w TVP

Kategoria wpisu: Uncategorized — Tagi:, , , , — elenoir @ 18:24

Rzadkie są chwile, w których żałuję, że nie mam telewizora czy karty telewizyjnej, ale czasami tak właśnie jest. Było tak również wczoraj, kiedy na onecie przeczytałam artykuł z Tygodnika Powszechnego o rosyjskim serialu “Mistrz i Małgorzata”, który, o dziwo, będzie pokazywany w TVP - wczoraj, zdaje się, emitowano pierwszy z dziesięciu odcinków.

To jedna z moich ulubionych książek, może nawet ta najbardziej ulubiona, czytałam ją parę razy, ale dotąd nie widziałam żadnej adaptacji. Dlatego ta informacja tak bardzo mnie zainteresowała. Nie kupię sobie tv, żeby obejrzeć jeden serial, więc szukałam innych możliwości.

Merlin odpada - sprzedają każdy odcinek osobno po ok. 30 zł. Na allegro było już lepiej - ok. 110 zł. Tymczasem okazało się, że całość jest dostępna na youtube. Oczywiście - jakość jest taka sobie (zwłaszcza przy wyświetlaniu na pełnym ekranie), każdy odcinek jest podzielony na kilka ok 10minutowych fragmentów, ale da się oglądać.

Tutaj pierwsza część odcinka pierwszego: http://www.youtube.com/watch?v=WLQ6rwF7LJM . Ewentualnie można poszukać samemu wpisując frazę “Master and Margarita“. Są napisy w języku angielskim.

Naturalnie to tylko adaptacja i wielbiciele tej powieści na pewno nie będą nią w pełni usatysfakcjonowani. Aktorsko jest niezła (co prawda inaczej wyobrażałam sobie np. Wolanda), za to efekty specjalne kiczowate (te fluoroscencyjne oczy Helli…). Myślę też, że niepotrzebnie postaci używają nazwy NKWD - kto wie, może Bułhakow by ją zastosował, gdyby mógł (ale nie mógł), ale moim zdaniem, czar tej powieści polega m.in. na niedopowiedzeniach - a przecież i tak wiadomo było, o co chodzi.

Obejrzałam wczoraj 5 odcinków i zaraz zasiądę do reszty. Polecam, myślę, że warto.

PS. Dziennikarze, dziennikarze… W akapicie czwartym pani Anita Piotrowska napisała:

Jak wiadomo, wszystko zaczęło się od tego, że komsomołka Annuszka rozlała na ulicy olej słonecznikowy.

Komsomołką była kobieta prowadząca tramwaj, na pewno nie Annuszka. W sumie drobny błąd, ale jednak.

Starsze wpisy »

Blog at WordPress.com.